list od przyjaciela
Danuś Droga bardzo,
dzień pierwszy…
w końcu Madras, poranny, całkiem inny niż te miasta indyjskie,
które do tej pory widziałem.
wyjście z lotniska równoznaczne z tą uroczą chwilą,
w której odnajduję zapach, tak charakterystyczny dla tej ziemi i światło słońca,
nigdy dosłowne, bo jakby zza chmur się przedostające…
jedziemy z lotniska w morzu ludzi, aut, riksz, jakiś krwiobieg cudem
poruszający się bez najmniejszej stłuczki;
myślę, że to ich brak agresywności daje rodzaj harmonii,
niewyobrażalny w warunkach zachodniego świata.
ich pogodzenie ze stanem, w którym się znajdują tworzy spokój,
za którym tęsknię, którego pożądam,
który w jakiś magiczny sposób jest mi bliski.
czuję się dobrze…
Madras duszny, niepodobny do innych miast, czystszy, no, ale to inna kultura.
to tu jest największy procent ludzi wykształconych,
co jest namacalne, widoczne na pierwszy rzut oka…
dzisiaj rano przedostaliśmy się do Mamallapuram, dwie godziny drogi od Madrasu;
kompleks świątyń, Zatoka Bengalska, indyjska wieś.
jedzenie doskonałe, pijam litry soków z papai i ananasa,
jem wyłącznie warzywa przygotowane na wiele sposobów :)))
kolejny dzień…
najpiękniejsze w Indiach są dzieci; niesztywne;
giętkość ich doprowadza do drżenia, bo to jak wspominać coś, co się utraciło.
mam wrażenie, że dzieci europejskie są usztywnione, grube i niemrawe;
a blask ich oczu zgasł przed ekranami telewizorów…
uśmiech dzieci Indii jest tak naturalny, że wprowadza w stan całkowitej radości,
bez powodu… a ponieważ jest ich tu tak dużo, śmieję się cały czas:))))
dzisiaj rano wyprawa do Kanczipuram; stare, baaaardzo stare świątynie,
jakaś dziwna eklektyczna mieszkanka przypominająca stare świątynie egipskie;
korytarze przesiewane kolumnami, wszystko w kolorze szaro-czarnym;
liczba rzeźb jest tak ogromna, że nie sposób ich ogarnąć.
ile oczu widziało te miejsca przez wieki?
ile razy dusza ludzka doznawała zachwytu widząc
tak niebywałą manifestację działalności artystycznej? misterium….
kolejny dzień…
Maduraj; miasto, jak miliony innych w Indiach; masa ludzka, kurz, syf;
ulice przypominające plany filmowe w wydaniu powojennym; smród
moczu wszędobylski… i nagle, w tej magmie niepodzielności piękna i brzydoty,
życia i śmierci, istnienia i nie-istnienia pojawia się świątynia;
ogromny kompleks świątyń świadczący o wysokim rozwoju ówczesnej cywilizacji,
rodzaj azteckich piramid całkowicie upstrzonych figurami pomalowanymi
a la figury na karuzeli… w środku, rodzaj krypt, przywodzących na myśl
katakumby, tyle, że ilość niebywale pięknych postaci czy zwierząt w
rzeźbie wielkości prawie naturalnej — przytłacza.
i ten zapach kadzideł, które palą się w tym miejscu od wieeeeków.
okazuje się, że hindusi swego rodzaju rasizm uprawiają, gdyż nie można wejść do wielu pomieszczeń…
wieczorem znowu pociąg; tym razem jestem tak zmęczony, że zasypiam
natychmiast i budzę się w Varkali, a więc Kerala, a więc znowu morze…
miejsce jest niebywale piękne; ogromny klif, w kolorze czerwonym; na jego
szczycie dziesiątki kafejek, sklepów; jest niespotykanie czysto, podają
kawę w filiżankach!!! (pierwszy raz w Indiach); mnóstwo nawiedzonych z naszej
części świata, do których dobrze pasuje określenie „patetyczni”, „żałośni”
lub też kompletnie pierdolnięci; myślą, że jak będą chodzić boso (po
wcześniejszym dokładnym pedicurze), zrobią dredy i wrzucą na się ciuszki
a la sklep indyjski, będą chodzić na zajęcia z jogi i reiki, dostąpią
oświecenia. sssmmmuuuuttttnnnneeeeee….
cóż, kompletnie w to nie wierzę.
fale morskie są na tyle duże, że przewracają. ale można na ich grzbiecie
popłynąć, co naprawdę przyprawia o radość…
pędzę na masaż :)
kolejny dzień…
od trzech dni siedzimy w Kerali; i chyba zostałbym tu do końca pobytu; bo choć to
ciągle Indie, ale jakoś czysto i miło, i trochę europejsko ;)…
jadam pyszne zestawienia: np. krewetki w sosie sezamowym, polane jakiegoś
rodzaju zasmażką z imbiru; do tego ryż i sałatka z warzyw o jakości, która
nie istnieje już w Europie. albo słynne tybetańskie pierożki momo; udaje im
się ugotować pierogi, a warzywa wewnątrz pozostają kruchutkie:); no i mój
supermegazajebisty sok z ananasa, który zmielony dostaje formę gęstej
śmietany z pianką porównywalną z tą, która tworzy się na niektórych
ciemnych piwach… wszystko w cenach ok. 7 zł :).
zastanawiam się, co stanie się z tą częścią świata, gdzie otrzymuje się znakomitą
jakość, która w Europie albo kosztuje fortunę, albo już jej po prostu
nie ma….
obserwuję też ludzi. Hindusi mają rodzaj cierpliwości, która w porównaniu
z europejską jest bardzo długotrwała; cóż to za miłe uczucie patrzeć na te
miliony istnień i nie widzieć żadnych sprzeczek, bijatyk, kurwowania,
przeklinania na widok auta, którego manewr przyprawiłby europejskiego
kierowcę o „ty skurw….” , „chu…”; nie, moi drodzy, tu jest uśmiech, że
się udało :-))))).
zastanawiam się w jakiej mierze nasze chrześcijańskie
zogniskowanie się na cierpieniu i nieszczęściu powoduje tak głęboką
frustrację,
że te właśnie emocje uznajemy za niezbędne do życia…
kiedy obserwuję małżeństwo (2+2) idące plażą, myślę, że oni bardzo
harmonijnie żyją; nikt nie krzyczy na dzieci, nikt nie wyprawia
emocjonalnych etiud, nie ma naburmuszenia czy obojętności; cieszą się
chwilą obecną, albo przynajmniej tak mi się wydaje…
byłem na masażu :))) szkoda, że nie możecie powąchać mojej skóry teraz:)))
to jest niebywałe; te litry oleju wylanego na skórę tworzą aksamitną powłokę
i zapach z tysiąca i jednej nocy…
idę na kolację; kolejna niespodzianka mam nadzieję; jakieś tajne połączenie
smaków….
kolejny dzień…
i już jestem na sraj Lance; plany się zmieniły, a właściwie zmieniliśmy je
sami; miałem dosyć towarzystwa a la pywko i kurczaczek; zresztą poczułem się
trochę oszukany przez naszego przewodnika, który przybywając do nowego
miejsca, jako pierwszą informację zapodawał nie to, co można zobaczyć, ale o
tym, gdzie jest sklep monopolowy i gdzie można zjeść mięso… wyobrażasz
sobie? zresztą kiedy o tym myślę, mam coraz mniej wątpliwości, że to co
napisał już wieki temu krysio mysio w makrobiotyce o samobójstwie
zachodniego społeczeństwa przez sposób odżywiania się, jest prawdą. to jakaś
obłędna mara, ci utuczeni Polacy, którzy szukają za wszelką cenę alkoholu
i… piją co wieczór. mało tego, wsiadając o 6h30 do autobusu częstują się
pywkiem. zgroza. patrząc na to jak mówią i co mówią, na ich ruchy, ich
sraczkę myśli, rozumiesz i współczujesz, że nie przypuszczają nawet, że
życie jest gdzie indziej, że harmonia i cisza bezsłowna są podstawowym
elementem Duszy, a cała reszta powinna być tylko dodatkiem. jest dokładnie
odwrotnie. poza tym, to mili ludzie…
w Kerali, w tej boskiej Kerali, jest restauracja prowadzona przez
Tybetańczyków, oczywiście wegetariańska, z kucharzem arcyarcyarcymistrzem.
kiedy go zapytałem, jak idzie biznes, odpowiedział, że tak sobie, gdyż ludzie
chcą huku muzyki, alkoholu i mięsa, a on nie ma żadnego z tych trzech
elementów… well, współczesny świat…
zastanawiam się, dlaczego podróże mnie tak wciągają; chyba dlatego, że
wewnętrznie jestem coraz bardziej samotny, jeszcze bardziej mnich;
podróżując opuszczam jeszcze dosłowniej tłum myśli, rodzinne przywiązania,
harem emocji; wszystko po to, aby być spokojnym, a więc żeby być…
gorąco i dosyć wilgotno, +32…
to tyle na razie…
całuję
p


