przewodnik czy pilot
jestem przewodnikiem czy pilotem?
Oto pytanie, jakie stawia sobie każdy wyjeżdżający w daleką trasę pilot.
Wszyscy jesteśmy pasjonatami na granicy nawiedzenia, jak mawia mój przyjaciel i szef, Marek Śliwka, wielki podróżnik, przewodnik, pilot, pasjonat, świetny człowiek i właściciel biura wypraw turystycznych LOGOS TRAVEL MAREK ŚLIWKA w Poznaniu.
Jesteśmy pasjonatami jakiejś szczególnej kultury, cywilizacji, niezwykłego zakątka kuli ziemskiej, regionu, kraju, bywa że i całego kontynentu, i tam prowadzimy naszych turystów, podróżników, wędrowców. Zarażamy innych własną pasją, otwieramy horyzonty, przełamujemy stereotypy, wymazujemy fałszywe przekonania, korygujemy mniemania…
Zdarza się, że ktoś podąża za nami dalej, głębiej, zanurza się tak jak my w niebezpieczne zaułki i zakamarki, nie odstępuje nas na krok, wysysa całą wiedzę i… mamy go! Ten błysk zrozumienia, olśnienia, ta nowa pasja, a potem powroty i tęsknoty. Ach, ta zaraźliwa choroba podróżowania!
czy leci z nami pilot?
Oto pytanie, jakie stawia sobie każdy turysta, wybierający się w daleką trasę.
W języku polskim jest słowo pilot. W języku angielskim mamy tour leadera.
T.L. (ti-el) rozdaje klucze do pokoi hotelowych, dba o to, by prześcieradła były czyste, a jeśli nie są, to w obecności turystów robi tak zwaną interwencję — bywa to ostra awantura lub łagodna perswazja, w zależności od temperamentu, jakim dysponuje. Dba o to, by turystom nie biegały pod łóżkami szczury ani białe myszki, zwłaszcza rano, a nad głową nie latały komary i by w głowach nie lęgły się poczwarki nieprzystosowania i strachu.
Stara się o to, by turyści wyspali się wygodnie, zostali nakarmieni, przewiezieni z hotelu pod obiekt, żeby ten obiekt został prawidłowo rozpoznany, ogapiony, obfotografowany. Dba o to, by turysta się umył, przebrał i spakował w odpowiednim czasie. Żeby nie zgubił dokumentów, pieniędzy ani współmałżonka, albo wszystkiego jednocześnie. Żeby był zadowolony, wcale nie ogólnie, tylko szczególnie, a nawet szczegółowo.
Gdy nie ma słońca, tylko jest deszcz, to jest to oczywiście winą polskiego pilota, amerykański tour leader ma to w nosie. Gdy obiekt jest ni stąd ni zowąd zamknięty, to z winy polskiego pilota, francuski accompagnateur nie przejmuje się tym wcale. Gdy autobus spóźni się na obiad z powodu korków w mieście, to winę za to ponosi polski pilot, niemiecki Turistenführer najzwyczajniej w świecie nie nakarmi turystów tym razem.
Gdy jedzie się cały dzień w piekielnym upale, gdy droga znajduje się na liście trzeciej kolejności usuwania dziur po monsunie, gdy nie ma gdzie wypić kawki, herbatki, zjeść zupki… a do tego wciąż psuje się air condition i kierowca ledwo zipie, to zaniedbaniem polskiego pilota jest, że po drodze nie ma ani ciekawego monumentu, ani chłodnego parku, ani luksusowego hotelu. Włoski cicerone w ogóle by w taką trasę nie pojechał.
Przewodnicy lokalni, gajdy, jak ich nazywamy, są bardziej lub mniej oddani grupie, lepiej lub gorzej wykształceni, potrafią wciągnąć w swą opowieść lub zanudzić na śmierć szczegółami. Pamiętam jak przewodniczka w Pałacu Książęcym w Monako zatrzymywała się przed każdym portretem i opowiadała historię kolejnego członka rodziny książęcej. Od kołyski w nieskończoność życia przyszłego — popadłam w znudzenie po paru minutach, choć uwielbiam sagi rodzinne. W Indiach północnych, w cesarskich pałacach, meczetach i grobach przewodnicy rozpoczynają wszyscy jednako: „Było sześciu Wielkich Mogołów. Pierwszy…”. Mogę machać rękami, robić znaczące miny, błagać, by pominęli tę wyliczankę, bo moi turyści już od Delhi powtarzają imiona tych cesarzy. Nic z tego, w Agrze znowu: „Było sześciu cesarzy. Pierwszy…”. I w Orczii, i w Waranasi: „Było sześciu…”.
jestem przewodnikiem
Wiem, jakie wiadomości przekazuję, kiedy i dlaczego. Maluję powolutku dzień po dniu obraz danej kultury, dorzucam barw i cieni, wymazuję kolory jaskrawe. Wiem, co już powiedziałam, wiem, co dorzucę za chwilę, jutro, za parę dni. Fiszki w głowie otwierają się same — zgodność czasu, miejsca i akcji. Dawkuję informacje, opowiadam w autobusie anegdoty i zdarzenia z dnia codziennego. Nieustannie i wciąż odpowiadam na pytania, z których pierwsze pojawia się rano, kiedy otwieram oczy: Czy Kriszna jest siódmym czy ósmym awatarem Wisznu? pyta moja pokojowa towarzyszka, a kiedy siadam do śniadania — robię podsumowanie dnia poprzedniego dla tych, którzy decydują się jeść śniadanie wraz ze mną. Ostatnie pytania padają przy kolacji, gdy wszyscy ledwo widzimy na oczy i padamy ze zmęczenia, a trzeba powtórzyć imiona nie tylko najważniejszych hinduskich bogów, Brahma, Wisznu, Śiwa, ale również ich małżonek…
Znam nie tyle potrzeby polskiego turysty, ile orientuję się w poziomie jego wiedzy, bo ostatecznie oglądam polską telewizję i czytam polską prasę, gdzie wciąż odsmaża się stare stereotypy pochodzące z XIX wieku, zamiast rzeczowo na nowo Indie interpretować. Wiadomo, że im więcej informacji o danym kraju, tym bardziej kraj ten staje się dla nas otwarty, przyjazny, swojski. I dopiero wtedy warto samemu wyjść z hotelu, pogadać ze sklepikarzem, wziąć rikszę, zjeść na ulicy pakorę.
Kuchnia, polityka, święta religijne i rodzinne, pozycja kobiety, dziecka i pariasa, lecznictwo-szkolnictwo, dlaczego sari i skąd się biorą monsuny… tego wszystkiego nie opowie lokalny gajd, bo nie ma na to czasu. Powtórzy to, co zostało powiedziane. Nie opowie o tym, co turystów interesuje najbardziej — o życiu codziennym.
Gajd lokalny w dalekim kraju nie zna słowa polonicum, nie ma pojęcia o związkach tegoż kraju z Polską, nie wie, ile my o nim wiemy i dlaczego tak mało. Nie wie, skąd wiemy tak dużo o Indirze Gandhi, a kompletnie nic — o Ramakrishnie. Nie rozumie, dlaczego my uważamy, że system warn jest zły, a demokracja wspaniała.
Polski pilot jest wielkim interpretatorem, tłumaczem i komentatorem zagranicznych zjawisk.
Czy leci z nami pilot? Czy tour leader zabrał ze sobą wszystkie papiery, a przewodnik całą wiedzę? Czy w Benares czeka na nas ulubiony gajd? No to lecimy…
*
Treść - © 2008-2010 Danuta Orlewicz
Kod i grafika - © 2008-2010 Jacek Iwański
DZIEŃ 12: Waranasi: o wschodzie słońca przejażdżka łodziami po świętej rzece Gandze, spacer po ghatach i starym mieście. Powrót do hotelu na śniadanie. Przejazd do Sarnath, gdzie Budda po doznaniu Przebudzenia wygłosił pierwszą naukę do pięciu ukochanych uczniów zebranych w Parku Łani, znaną jako „pierwszy obrót koła praw”. Muzeum Archeologiczne z kolumną Asioki i słynnymi lwami, godłem Indii. Emporium tak zwanych „brokatów z Waranasi”. Po południu czas wolny. Wieczorem — wspaniała pudża na Dasaswamedh ghat (riksza 150 rupii). Nocleg w Waranasi.
Było ich sześciu, bynajmniej nie wspaniałych.Tylko jeden miał przydomek „Wielki”, był też narkoman, homoseksualista i alkoholik.Wszyscy jak jeden mąż przeszli do Historii. Właściwie — wtargnęli. Panowali 180 lat.Pozostawili po sobie zgliszcza po tysiącletnich hinduskich świątyniach, ale także prosperujące szlaki handlowe.
Murti Kriszny, jego postać, jest też jedną z najbardziej skomplikowanych, ukazuje wielość aspektów niekiedy wewnętrznie sprzecznych (wojownik nawołujący do zniszczenia/radosne niewinne dziecko) odbiegając zarówno od nieskomplikowanej postaci Wisznu, którego jest awatarem jak i od spójnej i jednoznacznej postaci Ramy. W różnych regionach Indii przybiera różne twarze, jest wielbiony pod wieloma imionami i sławiony w mitach o różnej treści. Niewątpliwie jest w Indiach jedną z największych mocy boskich, ukazując się wielbicielom pod taką formą, jaką oni sami sobie wybiorą i jakiej oczekują. I dla nich jest wtedy Najwyższym Objawieniem, Jedyną Boską Rzeczywistością, Potęgą Świata — Iśwarą.
Pojawianie się awatarów znakomicie obrazuje (i potwierdza) teorię ewolucji. Według myśli hindu ewolucja nie przebiega po stale wznoszącej się ku górze linii prostej, lecz po spirali, cyklicznie wracając do tego samego punktu na wyższym poziomie. Punktem zwrotnym na spirali jest Objawienie, pojawienie się boskiej istoty, która zasadniczo zmienia kształt życia na ziemi, najpierw biologicznego, a następnie społecznego i wreszcie duchowego. Pierwsze zstąpienie boga Wisznu to ryba (Matsja), symboliczna informacja, że życie powstało w wodzie, drugie — żółw (Kurma) żyjący częściowo w wodzie częściowo na lądzie, trzecie — dzik (Waraha) pozostający już tylko na lądzie.
Pojawianie się na ziemi awatarów Wisznu obrazuje (i potwierdza) teorię ewolucji. Jednocześnie wyjaśnia nieustanne przechodzenie jednej formy w drugą, zanikanie i odradzanie, pulsowanie wielości światów i aspektów. Według hinduskiej myśli filozoficznej, ewolucja nie przebiega po stale wznoszącej się ku górze linii prostej, lecz po spirali. Objawienie się na ziemi Boskości przyspiesza ruch w górę po spirali, a objawiające się siły zła powodują regres i spadek w dół. Każde Objawienie, które można traktować jako wprowadzenie do układu ogromnej ilości Energii pozytywnej lub negatywnej, odzwierciedla poziom duchowy danego czasu historycznego, gdyż ilość (modlących się) przechodzi w jakość (Objawienie). Wtedy dokonuje się przekształcenie życia na ziemi, kiedyś biologiczne, później i teraz społeczne, a następnie — duchowe.
Jest tylko twórcą dharmy, prawa naturalnego, zasad biologicznych i kosmicznych, a nie twórcą materialnej struktury wszechświata. Mimo że otrzymał postać starca z długą (białą) brodą o trzech twarzach (czwarta jest niewidzialna), nie oddaje mu się kultu i nie stawia świątyń, nie obchodzi świąt na jego cześć. Został Zapomniany. Stał się bogiem „papierowym” (zwrot M. Eliade'go). Przestał odpowiadać na zapotrzebowania religijne. Po okresie wedyzmu, bramini wprowadzili go do panteonu hinduskiego, ale nie udało się go tam utrzymać jako postać znaczącą. Kiedy murti przestaje być wielbiona przez wielbicieli, to znaczy, że jest im niepotrzebna.
Śiwa niszczy maję (ułudę) i zdziera zasłonę maji ze wszystkich rzeczy, ale jednocześnie posiada 108 imion, z których każde jest i mają, i mocą.Śiwa jest odpowiedzialny za rodzenie i za umieranie, daje życie, gdyż jest szafarzem prokreacji, ale jako Władca śmierci — niszczy je.
diwali, dipawali — najważniejsze święto obchodzone w całych Indiach, rozpoczyna się w 14-ty dzień księżycowy miesiąca kartik, po dwóch tygodniach ciemności, gdy księżyc jest w nowiu, a więc w czarnym księżycu, między końcem września a początkiem listopada; dipa to mała lampka oliwna, zaś awali znaczy rząd — podczas święta wszyscy hindusi, niezależnie od wyznawanej religii, wystawiają przed dom rzędy zapalonych lampek oliwnych. Jest to symboliczne zwycięstwo światła nad ciemnością, dobra nad złem, na pamiątkę zwycięstwa boga Ramy nad demonem Rawaną.
Niesłusznie uważa się, że niedotykalni należą do warny siudrów, to błąd — są to ludzie spoza systemu warnowego. Podobnie, wszyscy obcokrajowcy, w tym Europejczycy, mieszkający w Indiach nazywani mleczczha są poza systemem warnowym.Niektórzy uważają, że niedotykalni zostali wykluczeni z systemu warnowego z powodu uporczywego obstawania przy jedzeniu mięsa wołowego, a więc nieprzestrzeganiu zasad czystości. Inni twierdzą, że są to pierwsi wyznawcy buddyzmu, którzy z pogardą odrzucili system warn, a więc zostali z niego wykluczeni…
Pierwszą i jednocześnie najwybitniejszą do dzisiaj osobą działającą na polu polskiej nauki w dziedzinie indologii był Andrzej Gawroński (1885-1927). Wybitny językoznawca i poliglota (znał około 60 języków), od 1916 roku profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Lwowskiego, wykładowca w Uniwersytecie w Lipsku, dał się poznać już w bardzo młodym wieku jako geniusz językowy. Niestety, z braku funduszy na leczenie zmarł w Lipsku na gruźlicę mając zaledwie czterdzieści dwa lata i tym samym nie dowiedzieliśmy się, jak bliskie pokrewieństwa łączą języki słowiańskie, a zwłaszcza język polski, z sanskrytem. Jego Podręcznik sanskrytu pozostaje do dzisiaj podstawowym podręcznikiem akademickim sanskrytu dla studentów indologii w Polsce.
Syn ubogiego, pobożnego bramina z Kalkuty miał od najmłodszych lat doświadczenia mistyczne. Każdego człowieka brał za swego nauczyciela; spotkał na swej drodze wielu wybitnych mistrzów duchowych. Inicjację otrzymał od tantrycznego ascety, który rozpoznał w nim boską inkarnację, awatarę. Stąd duchowe imię — siódmej i ósmej awatary boga Wisznu.
Zorganizowanie systemu warn nie było wynikiem jednorazowego gwałtu najeźdźcy i narzucenia jedynej słusznej wizji społecznej, lecz fuzji kilku dobrze rozwiniętych kultur, dogadywania się zwycięzców i zwyciężonych oraz symbiozy wielu bardzo różnych elementów. Trwało 1000 lat przez okres nazwany później wedyjskim (od 1600 do 600 p.n.e.) i objęło tereny Pendżabu (dorzecza Indusu) i Niziny Hindustańskiej. Indoeuropejczyków było liczebnie niewielu, więc nie mogli oni liczyć ani na samowystarczalność, ani na supremację siły. Genialność tego systemu polegała na tym, że żadna z grup społecznych nie mogła stać się samowystarczalna, a każdy producent miał swego odbiorcę-konsumenta. System ten nie zakładał nierówności społecznej lecz komplementarność i współdziałanie, nie określał zawodu lepszego i gorszego, ani lepszej lub gorszej funkcji, uruchamiał wymianę dóbr (także pozamaterialnych), współtworzenie i koegzystencję.