WstępKontaktindeksybibliografiamapyprzekazsłowato nie takmieszkańcypostaciepodróżeIndiastart
indiaguide menu
 

wojeryzm turystyczny czyli podglądactwo

Jest to jedna z wielu chorób turystycznych, charakteryzująca się nieposkromioną żądzą strzelenia zdjęcia jakiejś intymnej scenki rodzajowej. Większość osób delikatnie wtedy odchodzi lub spuszcza skromnie wzrok. Ale podglądacz nie tylko patrzy pożądliwie, lecz wyciąga aparat fotograficzny i podchodząc jak najbliżej — strzela sobie zdjęcie. Po powrocie do domu pokazuje te zdjęcia znajomym, przy śledziku i wódeczce, wzbudzając niezdrową zazdrość. Chorobliwa skłonność do podglądactwa zostaje przekazana innym.

Nad rzeką kąpią się kobiety. Stoją zanurzone po pas w wodzie. Dyskretnie zrzucają sari, zostają w spódnicy i skąpej bluzeczce. Szybko, bez zbędnych ceregieli, obmywają twarz, ramiona, piersi, oliwkowy brzuch. Co chwilę przysiadają w wodzie, by obmyć intymne zakamarki ciała. Śmieją się, żartują, opryskują wzajemnie wodą. Przy nich mężczyźni, nadzy do pasa, zanurzają się, pływają. Dzieci, nagusieńkie, wrzucane do wody wrzeszczą jakby obdzierano je ze skóry. Na brzegu stoją stare kobiety. Drżącą dłonią nabierają kubeczek wody, oblewają się. Obok nich, drobni staruszkowie o srebrnych włosach, prawie nadzy, dotykają niepewną stopą lustra wody. Zanurzają się lękliwie.

Podglądacz podchodzi, rozgląda się, unosi aparat, waha się, podchodzi jeszcze bliżej, bo światłocień nie ten, przykłada aparat do oczu, przesuwa dziecko — chce zobaczyć więcej, nie waha się, bez słowa przeciska przez tłum pielgrzymów, nadeptuje czyste sari rozłożone na brzegu i… cyk.

W świątyni wierni stoją przed ołtarzem. Nabożnym gestem podają pudżarinowi koszyk z darami dla swego boga. Otrzymują czerwony znak tilak na czole. Składają ręce w geście podzięki. Odchodzą na bok, siadają na posadzce, składają ręce do modlitwy. Trwają w cichej zadumie. Ktoś podchodzi do zawieszonego dzwonu i uderza weń. Bogowie tam są i cieszą się wraz z ludźmi. Ktoś cicho gra na bębenku, ktoś intonuje mantrę i przywołuje boga. Bramin czyta święte teksty, ma skupioną twarz. Kobiety zbliżają się do ołtarza, nakrywają sari na włosy. Dzieci biegają, śmieją się, tulą do matki, ojca, brata. Ku ołtarzowi zmierza o lasce stary człowiek i nabożnie kłoni głowę.

Podglądacz podchodzi, rozgląda się, podnosi aparat, jeszcze się waha, podchodzi bliżej, bo światłocień nie ten, przykłada aparat do oczu, przestawia dziecko — chce widzieć więcej, nie poddaje się, milczy, przeciska przez gromadkę wiernych, przewraca kosz z kwiatami, kokos się toczy i… cyk.

Na wsi przed domem krzątają się wieśniacy. Pot leje im się z czoła. Kobieta podwija sari, skacze przez błoto, idzie doić krowę. Wpada w tę kałużę po kostki, pusty cebrzyk toczy się pod wymiona. Inna kobieta ciągnie wór zboża do młócki. Wyrzuca marne kłosy, wybija je cepem aż do utraty tchu. W ciemnej izbie ktoś jęczy i woła o wodę. Dziecko, umorusane w strzępach ubioru, wbiega do chaty. Płacz i skomlenie psa. Młody mężczyzna wynurza się z chaty, ma tylko przepaskę na biodrach, słania się na nogach, podchodzi do pługa zaprzężonego w dwa chude bawoły. Prowadzi je w pole. Chmara dzieciaków zbiega z pola. Stara kobieta rozrywa ciapatę na kawałeczki. Już nic w dłoni nie ma.

Podglądacz podchodzi, rozgląda się, bierze aparat, trochę się waha, podchodzi bliżej, bo światłocień nie ten, nastawia aparat, nogą odsuwa psa — chce widzieć więcej, nie waha się, przepycha bez słowa pod dom, przewraca cebrzyk z mlekiem, wpada w błoto i… cyk.

Nad rzeką pali się stos. Tuż obok leży ciało na marach, owinięte w cynobrowy całun obsypany kwiatami. Krzątają się pariasi, dokładają szczap, omiatają stare prochy, układają nowy stos. Bramin w białych szatach okrąża mary, okadza ciało, szepce modlitwy. Syn siedzi u stóp. Płacze. Krewny strzyże mu głowę do skóry i okadza białe doti. Kobieta słania się, targa swe długie, rozpuszczone w nieładzie włosy. Tłum kobiet jest przy niej. Bramin czyni ręką znak i mężczyźni układają ciało na stosie. Syn obejmuje stopy ojca. Przykłada do jego ust zapalony lont i nachyla się do pożegnania. Obchodzi stos. Zapalonym drewienkiem dotyka. Ogień bucha w górę. Obejmuje stos i ciało. Tłum rozchodzi się.

Podglądacz podchodzi, rozgląda się, bierze aparat, trochę się waha, podchodzi bliżej, bo światłocień nie ten, nastawia aparat, popycha pariasa — chce zobaczyć więcej, nie waha się, potyka o niedopalone bierwiono, zasłania twarz chusteczką, bo mu śmierdzi i… cyk.

*